Kategoria

Minimalizm

Kategoria

Uwielbiam minimalizm. Nie lubię bałaganu. Kocham organizację. Nie cierpię sprzątać.

Zawsze byłam straszliwą bałaganiarą. Jedno z moich najczęstszych wspomnień z dzieciństwa to Mama robiąca mi „samolot” w pokoju, rzeczy lądujące na podłodze i godziny medytacji podczas ich kolejnego segregowania. Dla bardzo krótkotrwałego efektu. Pamiętam też, że jedną z moich ulubionych bajek była ta o Królowej Bałaganiarze i zagubionym cieniu. Potem „samoloty” robiłam sobie sama, wywalając na środek pokoju wszystko z każdej możliwej szafki i szuflady. I sprzątanie.

Nigdy nie miałam brudno. Nie było też tragedii z pogranicza przewracania się o rzeczy czy przyklejania do czegoś. Ale porządek tak szybko znikał!

Niewiele się zmieniło gdy poszłam na swoje. Mallutko pomogły książki i programy Perfekcyjnych Pań Domu (zarówno brytyjskiej jak i polskiej), oglądanie programów o bałaganiarzach i czytanie blogów idealnych mam. Na niewiele się zdało to, że mój Mąż naprawdę lubi mieć ład w swoich rzeczach. Sprzątałam. I to porządnie. Ale na krótko.

Gdy sama zostałam Mamą, sprzątałam BEZ PRZERWY I też na krótko. Doprowadzało mnie to do białej gorączki. Bo nienawidzę sprzątać.

Nie jest to ilustracja z bajki o Królowej Bałaganiarze, choć może sprawiać takie wrażenie. Mam tu 11 lat i nie medytuję.

NAUCZYĆ DZIECKO SPRZĄTANIA?

Wszystko się zmieniło, gdy moje Dziecko skończyło 4 lata i zaczęło na dobre rządzić w swoim pokoju. Pewnego dnia samo z siebie zrobiło sobie „samolot”(żadne z nas mu tego nie pokazywało! Normalnie zaczęłam wierzyć z pamięć genetyczną rodem z Assassin’s Creed!), usiadło wśród zrzuconych na podłodze zabawek i odtworzyło jedną ze scen z MOJEGO dzieciństwa. Tą ze zdjęcia.

Oczywiście sytuacja przerosła Malca już po kilku minutach, a ja, w pełni rozumiejąc wyzwanie i nie chcąc, by historia się powtarzała, rzuciłam się na pomoc w układaniu wszystkiego do pudeł i kartonów.

I oczywiście „porządek” przetrwał mniej niż dwa dni.

Gdy zaszłam w drugą ciążę i hyperemesis gravidarum przykuło mnie do łóżka na kilka miesięcy, sprzątanie ze Szkrabem przejął Tata. Napiszę tylko, że też nie było łatwo. Gdy wreszcie zwlokłam się z łóżka i odkryłam, że 3/4 książeczek, klocków i zabawek wylądowało w jednym, olbrzymim worku, dotarło do mnie, że moje Dziecko chcąc nie chcąc powtarza moje bałaganiarskie przeznaczenie. I że niczego dobrego go nie uczę. Że modelowanie nie wystarcza, albo daję mu fatalny wzór. Albo wzór to nie wszystko, bo przecież moi Rodzice zawsze mają w domu ład i porządek, a mi to nie pomogło. I choć ja też mam teraz w domu posprzątane, moje Dziecko niespecjalnie sobie radzi.

Marie Kondo i jej filozofia

Na nasze szczęście, w tym czasie wydarzyło się coś jeszcze. Gdy najgorszy okres hyperemesis minął i byłam w stanie włączyć telewizor, trafiłam na reklamę programu Marie Kondo na Netfliksie. Przypomniałam sobie, że kilka lat wcześniej czytałam jej książkę. Zaczęłam trochę bardziej orbitować w kierunku filozofii, by otaczać się w domu tylko rzeczami, które sprawiają mi radość a zaczęłam się przyglądać tym, które ciągle tylko przestawiałam, wrzucałam do szuflad, przewieszałam, układałam… Nie byłam w stanie sprzątać, więc się tylko przyglądałam. I przeważnie nie czułam radości.

Minimalizm – ciekawe odkrycie

Ale to nie wszystko. Pewnego dnia zaczęłam grać w mobilne gry, czego wcześniej nie robiłam. Jedną z tych, które mnie wciągnęły, była June’s Journey.

Gra polega na odnajdowaniu wskazówek i przedmiotów na różnych ilustracjach. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ to właśnie ta gra pomogła mi odkryć coś ciekawego o mnie samej.

Każda scena składa się z 5 etapów, a w każdym z nich do początkowej ilustracji dodawane są nowe przedmioty i elementy, które należy odnaleźć. Pierwszy rysunek jest praktycznie pusty, podczas gdy ostatni to zazwyczaj prawdziwe wysypisko.

Z zaskoczeniem zauważyłam, że podczas gdy początkowe poziomy sprawiają mi dużo frajdy i pozwalają się odprężyć i zrelaksować, kolejne powodują stres, frustrację, a nawet bezsensowne napinanie mięśni. Gdy rozejrzałam się po domu, dotarło do mnie, że tak samo musi na mnie działać moje otoczenie! To było fascynujące!

Oto znalazłam motywację, by przestać sprzątać, ale gruntownie zreorganizować przestrzeń. Narzędzia i teorię miałam opanowane – od feng shui po Marie Kondo. Dodatkowo znalazłam kilka fajnych grup na Facebooku, poświęconych minimalizmowi.

I tak z szuflad kuchennych zniknęły nieużywane sprzęty. Zaparzacze do herbaty, których nigdy nie użyłam. Drewniane łyżki do miodu, których nigdy nie umiałam użyć. Przytępione noże. Brzydkie kubki, z których nikt nigdy nie chciał pić. Sprzęty, które bezmyślnie kupiłam lub dostałam w niezbyt trafionym prezencie.

Pozbyłam się ubrań, które nie- wiem – po – co – leżały w mojej szafie. Zaczęłam inaczej składać pościel, ścierki, ręczniki i usunęłam  wszystko, co mi nie sprawiało radości. Ograniczyłam drastycznie ilość posiadanych rzeczy – bo czy naprawdę (wkrótce) czteroosobowa rodzina potrzebuje 30 ręczników na wypadek, gdyby kiedyś odwiedził nas tłum gości?

Zamiast mówić o sprzątaniu, zaczęłam ORGANIZOWAĆ rzeczy – i to tylko te, których naprawdę potrzebuję lub takie, które NAPRAWDĘ sprawiają mi radość.

Zaczęłam też naprawdę uczyć się organizacji przestrzeni i minimalizmu – Internet i Youtube pękają w szwach od pomocnych materiałów. Na początek polecam na przykład:

W domu zrobiło się przestrzennie i słonecznie. I wszystko stało się łatwiejsze.

Wytarcie kurzu to teraz nie 40, ale 5 minut. Odkurzanie w ogóle odpadło, bo mogę wreszcie korzystać z robo-odkurzacza, bez lęku, że coś wciągnie albo w coś się zaplącze. Dzięki odgraceniu parapetów do pokoi wpada więcej światła, energia swobodnie krąży, a ja mam czas na kawę i książkę!

I wcale nie jest mniej przytulnie – przeciwnie. Nareszcie mogę docenić nasze wnętrze!

Wisienką na torcie była organizacja biżuterii. Z pudełka, w którym korale i zrobione przez moją Mamę bransoletki wiły się jak dzikie węże, biżuteria przeniosła się do szafy, gdzie mam nad nią totalną kontrolę. Wystarczyło kilkanaście małych gwoździków!

Co najważniejsze – zabawa w organizację zafascynowała moje Dziecko, z którym dokonaliśmy wielkiego przeglądu zabawek. I okazało się, że wcale ich nie ma aż tak dużo.

Organizacja pokoju dziecięcego

Malec dostał takie same pojemniki i pudełka, jakie ja wykorzystam w moich szafach i dokonał niesamowicie dorosłej i dojrzałej segregacji – sam zdecydował czym chce się bawić, co zostawiamy dla Dzidzi, a co oddajemy lub wyrzucamy. Następnie, ustaliliśmy gdzie i w jaki sposób układamy zabawki.

I  wydarzył się mały cud. Nie dlatego, że moje Dziecko ma teraz zawsze porządek – to byłoby trochę przerażające – ale dlatego, że wystarczy mu przypomnieć, że zanim wyjmie nową zabawkę, poprzednia chce wrócić na swoje miejsce. A gdy przypadkiem rzeczy zrobią sobie „niekontrolowaną imprezę”, organizujemy zawody o to kto poukłada więcej rzeczy z danej kategorii, albo „disco sprzątanie”. Magia! Od tej pory nie sprzątaliśmy pokoju dziecięcego dłużej niż 15 minut. Z wycieraniem kurzu, odkurzanie i myciem podłogi. I zawsze mamy przy tym świetną zabawę, zero stresu i presji. Pokój jest piękny i przytulny, Maluch chce się w nim bawić i dobrze się w nim czuje.

Wszystkim borykającym się z porządkami i dziecięcym bałaganem, szczerze polecam książki Marie Kondo i jej program na Netfliksie. To dobry początek. Poza tym, zagłębienie się w tajniki minimalizmu. Naprawdę łatwiej rządzić mniejszym królestwem, niż potykać się o nietrafione zakupy, niechciane prezenty i stare śmieci.

Więcej na temat sprawdzonych patentów, które uchroniły mnie przed szaleństwem i pozwoliły zaoszczędzić mnóstwo czasu i kasy juz wkrótce.